Zakończenie sezonu

Zakończenie sezonu

Mój tegoroczny sezon biegowy dotarł do szczęśliwego końca, od tygodnia jestem na roztrenowaniu. Wciąż nie mogę oswoić się z uczuciem, że nie mam żadnych treningów do zrobienia. Nie to, żebym się nudził, narodziny drugiego dziecka i wszystkie sprawy z tym związane dostarczają mi aż nadto rozrywek. Roztrenowanie jest mi więc potrzebne, żeby ogarnąć się w nowej rzeczywistości, ale też żeby odbudować się fizycznie. Nogi dalej mam ciężkie i nabite, mimo tygodniowej przerwy. Ciekaw jestem jak to będzie wyglądało po kolejnym tygodniu. Staram się trochę przyspieszyć ten proces poprzez wizyty na basenie i na saunie, rozciąganie i rolowanie. Rozciąganie jest tu szczególnie ważne, jestem dramatycznie pościągany. Na szczęście nie gonią mnie żadne terminy, w razie potrzeby mogę wydłużyć roztrenowanie.

W naszym życiu zawitał Czarek.

Mentalnie dużo szybciej dochodzę do siebie. Zdarzyły się w tym sezonie okresy, szczególnie w jego drugiej części, kiedy trudno było mi utrzymać koncentrację i motywację do biegania. Ogrom włożonego wysiłku, ciężkie treningi, a z czasem coraz bardziej wątpiłem czy przyniesie to efekt. Skończyło się jednak dobrze, start docelowy poszedł wręcz idealnie. Świetny wynik, świetny czas, ale zadowolony też jestem ze swojej postawy w czasie biegu. Mocno, z całego serca chciałem walczyć, siegnąłem po naprawdę głębokie rezerwy, a kryzysy dusiłem w zarodku. W poprzednich startach mi tego brakowało i było powodem większego nawet rozczarowania niż same czasy i miejsca. Szkoda tylko, że trasa biegu nie była atestowana i nie mogę oficjalnie zapisać sobie tego jako życiówki na 5km. Ale nic straconego, w następnym sezonie i tak zamiarzam biegać jeszcze szybciej.

Po tym starcie niosła mnie euforia i chciałem zaliczyć jeszcze kilka startów, żeby zdyskontować wysoką formę. Oznaczało to kilka mocnych treningów, które wykonywałem z wyraźnym trudem. Zmęczenie robiło jednak swoje. Pozwoliłem też sobie pograć trochę w piłkę, co choć przyjemne, to podbijało zmęczenie i lekko degradowało biegową formę. Problem był też taki, że nie za bardzo miałem gdzie wystartować. Ostatecznie, wybrałem szybkie, atestowane 10km w Lozannie przy okazji maratonu w ostatni weekend października. Trener nie był zachwycony, bo nie trenowaliśmy pod 10km, ale ja podchodziłem do tego na luzie i byłem ciekawy ile wycisnę.

Na 2 tygodnie przed tym startem zrobiłem trening, który jeszcze rok, dwa temu uznałbym za kosmiczny. 10x1km po 3:15 na przerwie 90s. No kosmos. Szczególnie, że do treningu przystępowałem z fatalnym samopoczuciem, fizycznym i mentalnym. Nogi i głowa pełne ołowiu. Nawet na rozgrzewce ledwie powłóczyłem nogami, na więcej nie mogłem się zmusić. Potem przełączyłem się w tryb automatu, co 200m zerkałem na zegarek i trzymałem równe tempo. Przerwy były na tyle krótkie, że nie miałem czasu się nad niczym zastanawiać, walczyłem tylko o uspokojenie oddechu. Wyszło idealnie, równo po 3:15, dziesięć razy.

Ten trening dał mi olbrzymiego motywacyjnego kopa, po czymś takim nic nie mogło mnie zniszczyć. Kilka dni później miałem zaplanowany kolejny mocny trening, 5x1km po 3:05. Okazało się jednak, że Czarek zaplanował sobie dosłownie wyskoczyć do nas w odwiedziny, a co więcej został z nami na stałe 🙂 Trening poszedł więc w odstawkę, zupełnie nie miałem do tego głowy. Kilka razy zagrałem w piłkę i z marszu pocisnąłem te 10km. Bez spiny i bez większych oczekiwań, ot żeby zamknąć sezon.

Początek biegu, w grupie mocnych biegaczy. Wszyscy ze zdjęcia ukończyli za mną 😉

Już po 3km biegu miałem ochotę zejść z trasy. Grupa której chciałem trzymać mi uciekała, a ja nie byłem fizycznie ani mentalnie zdolny żeby się jej trzymać. W końcu odpuściłem, znalazłem sobie komfortowe tempo i nim biegłem. Po 3km na zegarku widniało 9:45, po 5km 16:30. Zakładałem, że będę w stanie złamać 33min i choć czas na półmetku się zgadzał, to czułem jak z każdym kilometrem spada mi tempo. W pewnym momencie wyliczyłem, że na metę wpadnę z czasem ok. 33:30, co jeszcze bardziej odebrało mi ochotę do dalszej walki. Ot biegłem czekając na koniec. Zerkałem czasem na zegarek, ale jakoś słabo szło mi liczenie i nie do końca wiedziałem gdzie jestem z tempem. Dopiero na ostatnim km wyraźnie przyspieszyłem, zrobiłem go równo w 3 min. Jakież było moje zdziwienie, kiedy na 100m przed metą zobaczyłem na zegarku czas 32:30. Jeszcze przyspieszyłem i wpadłem na metę z czasem 32:49.

[activity id=1932130770 markers=true] 

Ciekawe są wnioski z tego biegu. Czas oczywiście bardzo dobry, 2.5 roku temu zrobiłem 10km w 36:13. Szalony progres, tym bardziej że trenowałem pod 5km i że dłuższe biegi mi nie leżą. Z drugiej strony kalkulatory tempa przewidują dla mnie czas na 10km poniżej 32min. Osiągnięty wynik odzwierciedla więc moje ogólnie dobre wytrenowanie oraz nieoptymalną dyspozycję dnia. Lubię kiedy rzeczywistość układa się zgodnie z zasadami i daje się rozsądnie wytłumaczyć.

Indywidualnie zająłem równo 30. miejsce, co pokazuje poziom tego biegu. Podium pobiegło poniżej 30min, pierwsza 10 poniżej 31min. Kosmos. Z biegowymi kolegami zgłosiliśmy drużynę i wygraliśmy klasyfikację drużynową! Liczyło się 5 najlepszych wyników każdej drużyny, a my nabiegaliśmy 30:10, 32:49, 32:57, 33:23, 33:42 i 35:32. 13 minut przewagi nad drugą drużyną. Dobrze mieć szybkich kolegów 🙂 

Zamykam więc sezon ze świetnym wynikiem na 5km i solidną, nieplanowaną życiówką na 10km. Nigdy nie byłem w wyższej formie niż obecnie. Trudy sezonu i ciężka praca zostały nagrodzone, dzięki czemu mam czystą głowę i szybko regeneruję się mentalnie. Ostrzę sobie wręcz zęby na następny sezon, choć wiem że będzie jeszcze trudniej. Już samo wejście na wyższy poziom będzie trudne, a do tego dwójka dzieci do ogarnięcia i inne życiowe zawirowania. Będzie wesoło.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *